Tłuste plamy na spągu


2014-12-08  |  komentarzy (1)

Tłuste plamy na spągu

 

Z Romualdem Karwikiem o KWK Silesia rozmawia Jan Picheta

 

– Zbliżają się okrągłe rocznice tragicznych wydarzeń w KWK Silesia. Pan pełnił wówczas w kopalni odpowiedzialne funkcje i na pewno doskonale pamięta, jak te katastrofy wyglądały?

– W kopalni Silesia pracowałem w latach 1974-1985. Najpierw jako cieśla w oddziale wentylacyjnym, potem od 1 stycznia 1975 do 31 grudnia 1979 jako dyspozytor metanometrii, a od 1 stycznia 1980 do 31 grudnia 1985 jako dyspozytor ruchu, czyli według schematu organizacyjnego, gdy nie było dyrektora i naczelnego inżyniera, to byłem najwyższym rangą pracownikiem kopalni. W tym czasie miały miejsce dwie katastrofy górnicze, w których zginęło w sumie 56 ludzi. Pierwsza to był wybuch metanu i pyłu węglowego 28 czerwca 1974 r. na pierwszej zmianie przy pełnej obsadzie ściany. Do tego dochodziła brygada oddziału wentylacyjnego, która prowadziła profilaktykę przeciwpożarową, dlatego że kilka dni wcześniej na ścianie CD Zachód zostały przekroczone wartości dwutlenku węgla i gazów pożarowych. W zrębach zapaliły się resztki węgla i dlatego prowadzono akcję profilaktyczną. W normalnych warunkach powinno się wyłączyć ścianę z eksploatacji i ratownicy powinni to ugasić lub przynajmniej otamować, żeby zadusić ogień. Gdyby ścianę wyłączono z eksploatacji, to na pewno do tragedii nie doszłoby w tym czasie. W momencie wybuchu dwóch moich kolegów z oddziału wentylacyjnego Ci, którzy ocaleli, to byli moi koledzy Jasiek Kuboszek i Leszek Świgoń – inżynier i kierownik brygady. Jedli śniadanie i siedzieli za transformatorami. I to ich uratowało – fala uderzeniowa przeszła obok i nad nimi. Byli leczeni w oparzeniówce w Siemianowicach przez kilka miesięcy. Mieli oparzenia twarz, rąk i dróg oddechowych, ale nie rozerwało im płuc i wybuch przeżyli, natomiast pozostałych 34 górników zginęło… W katastrofie zginął m.in. brat mistrza olimpijskiego w podnoszeniu ciężarów – Zygmunta Smalcerza, który pochodzi z Bestwiny. To był wybuch, najpierw metanu, a potem pyłu węglowego. Stojak o stojak musiał uderzyć i zaiskrzyło. Dopiero po tym wybuchu zainstalowano w kopalni profesjonalne metanomierze… Jeszcze jedna osoba przeżyła ten wybuch, paradoksalnie, nie będąc w pracy – to był brygadzista ścianowy, którego cała brygada zginęła, Franek Telega. On akurat dzień wcześniej zapił i strzelił sobie bumelkę – nie poszedł do pracy. Potem wziął jeszcze parę dni urlopu i podobno pił dalej – wcale mu się nie dziwię, też bym tak zrobił.

– Dlaczego ściany nie wyłączono z eksploatacji?

– Ściany nie wyłączono z użytku przez naciski z góry – z ministerstwa i zjednoczenia. Węgiel był potrzebny za wszelką cenę i za wyłączenie ściany można było nawet stanowisko stracić – że niby ktoś wydziwia albo nie dopilnował czegoś – więc ludzie z kierownictwa się bali. Dlatego prowadzono profilaktykę równolegle z eksploatacją ściany – ale – trzeba podkreślić – to nie była bezpośrednia przyczyna wybuchu, choć w konsekwencji zginęło 34 ludzi. Po tym fakcie stanowisko stracili naczelny inżynier kopalni i inżynier wentylacji – zostali przeniesieni do pracy na niższe stanowiska w kopalni Brzeszcze. A z kopalni Brzeszcze trafił do nas na stanowisko naczelnego inżyniera Edward Kacorzyk, rewelacyjny człowiek, świetny fachowiec, spokojny, ani razu nie słyszałem przekleństwa z jego ust.

– To w kopalni chyba niemożliwe…

– Tak. Bardzo mile wspominam okres, w którym z nim pracowałem. Po tym wybuchu mamy pięć lat spokoju i sielanki na kopalni. Dyrektorem jest Władysław Rus – człowiek starej daty górniczej. To trwa do 30 października 1979 r., kiedy ma miejsce druga katastrofa. To była druga zmiana, na której pracowałem. We wczesnych godzinach popołudniowych poinformował mnie telefonicznie kolega Staszek Adamczyk, który był dyspozytorem ruchu, że chyba mamy pożar na dole w CD Zachód, czyli w tym samym oddziale co pięć lat wcześniej. Po jakichś dwóch minutach potwierdził to. Miał drugi telefon od sztygara objazdowego, który z brygadą elektryków i górników robił przekładkę transformatora w przekopie wentylacyjnym. To jest właśnie drugi paradoks, że właśnie tego dnia było tam więcej ludzi – kilkanaście osób – w związku z tą przekładką. Po jakichś pięciu minutach otrzymałem telefon, który zapamiętam do końca życia. Zadzwonił młody górnik, który głosem desperacko-płaczliwym mówił: – Ratujcie nas, ja się nazywam Zając, moja żona jest w ciąży, będę miał dziecko. I w tym momencie przerwał rozmowę. Byłem na pewno ostatnią osobą, z którą rozmawiał. Był to mąż mojej koleżanki z kopalni – Małgosi, kobiety szalenie inteligentnej, spokojnej, która nawet nie pasowała do pracy w kopalni. I ona była również na tej zmianie. Ta bezsilność, wiedza, że nie ma się żadnych szans na odratowanie – były potworne!

– Jakie były tym razem przyczyny katastrofy?

– Przyczyną pożaru było zapalenie przenośnika taśmowego na pochylni transportowej. Ciekawą sprawą było to, że taśma, która się zapaliła, miała atest taśmy niepalnej…

Prawdopodobnie zatarła się rolka lub bęben i tarcie taśmy podczas ruchu spowodowało zapalenie się masy pyłu węglowego, co już było nie do ugaszenia. Zginęło wtedy 22 ludzi – cała brygada, która miała przenosić transformator oraz dwóch górników z oddziału przygotowawczego, między innymi ten Zając. Oni byli w chodniku przygotowawczym do następnej ściany powyżej pola pożarowego. Akcja ratownicza była jedną z najdłuższych i najgorzej prowadzonych w historii polskiego górnictwa. Trwała od 30 października do 18 grudnia. W kopalni był minister, wielu konsultantów, w tym profesorowie z AGH, politechniki. Chodziło o to, jak ugasić pożar, żeby dotrzeć do tych ludzi. Po 10 dniach, gdy opracowano plan i zmieniono cyrkulację powietrza, umożliwiło to dotarcie ekip ratowniczych. Ratownicy czołgali się po spągu do ciał ludzi, którzy w pożarze zginęli. Wysoka temperatura spowodowała to, że ciała były zupełnie zdeformowane, a na spągu były dosłownie tłuste plamy powstałe ze spalonych ciał… Identyfikowano ich po markach górniczych, które były z metalu. Ciała wyciągnięto, ale pozostał problem, jak się dostać do tych, którzy zostali na chodniku  przygotowawczym w pokładzie węgla. I z tego względu akcja trwała tak długo – do 18 grudnia, kiedy zakończono akcję ratowniczą, nie mówiąc całej prawdy. Dwóch ludzi nie wyciągnięto, bo to było niewykonalne. To była słuszna decyzja, tam znajdowało się pole pożarowe i paliło się wszystko. W tamtych czasach, zresztą i dziś tak jest, panowała zasada, że akcję prowadzi się, dopóki nie wyciągnie się ostatniego górnika żywego lub martwego. Ale to nie jest do końca prawda, bo w 1954 r. w chorzowskiej kopalni Barbara-Wyzwolenie zginęło według oficjalnych danych 80-120 ludzi, a słyszałem, że tych ofiar było i 200, bo tam byli ludzie z obozów w Świętochłowicach. Ich na pewno nie wyciągano.

Zresztą najtrudniejsze akcje ratunkowe wiążą się z pożarem, bo trudno go opanować. To był 18 grudnia, więc na zakończenie akcji miały wpływ zbliżające się Święta Bożego Narodzenia. Nie zastanowiono się wtedy, że nie powiedzieć rodzinom, że ci dwaj górnicy zostali tam na dole, to jest obłuda. Te rodziny przez te lata chodziły i być może wciąż chodzą na groby, nie wiedząc, że tam są puste trumny.

– Co działo się po katastrofie?

–  Jak już zakończono akcję, otamowano i wmontowano w tamę silnik odrzutowy – wtłaczano spaliny do środka. To była opatentowana metoda radziecka, bardzo skuteczna. Z tych spalin z silnika szedł tam głównie azot. W beczkach przywożono paliwo wysokooktanowe i w ten sposób gaszono pożar – dymem. Swoją drogą, dwóch kolegów zatarło przy tym silniki w „Komarkach”, bo myśleli, że na tym paliwie da się jeździć. Na początku roku zmieniono nam znowu dyrekcję po katastrofie – taki był zwyczaj. Przywieziono w teczce z Dąbrowy Górniczej dyrektora, dra inż. górnictwa, który miał opinię „pistoleciarza”, takiego, który robi porządki.  U nas na Silesii sprawa akurat ułożyła się inaczej – duży wpływ miał na to nowy-stary naczelny inżynier, bo wrócił na stanowisko naczelny, którego odwołano w 74 r. po wybuchu. Wrócił człowiek okaleczony psychicznie, ciągany po sądach, człowiek, który miał coś do udowodnienia w kopalni. Jego metodą na życie był pracoholizm, nadużywał też alkoholu. Wprowadził na Silesii rządy twardej ręki. Dzisiaj by się to mobbing nazywało. Lubił udowadniać swoją wyższość, wytykając nieumiejętność, niewiedzę. A dyrektorowi to bardzo odpowiadało, bo nie musiał się kopalnią w ogóle interesować, bo pracoholik robił wszystko za niego. Mógł się więc skupić na tym, co lubił najbardziej, na balangach. A że był z Dąbrowy Górniczej i w Czechowicach-Dziedzicach dostał mieszkanie służbowe przy kopalni, to nocami i wieczorami odbywały się balangi w gronie przyjaciół z Czechowic: naczelnika miasta i, co wtedy było niebagatelne, kierownika delikatesów. Były nawet donosy do Rady Zakładowej czy komitetu, ale to był człowiek nie do ruszenia – był przyjacielem ministra górnictwa, więc się niczym nie przejmował. Po północy grali na garnkach, śpiewali – takie imprezy były. Dziewczynki z Krakowa przywożono – jeździła po nie czarna wołga. Zresztą miał przydomek Imprezowy Janek. Ale ten człowiek w kilku momentach zachował się rewelacyjnie. Np. po ogłoszeniu stanu wojennego 14 grudnia przywołał do siebie przewodniczącego zakładowej „Solidarności” i powiedział: – Kolego, daję ci dwie godziny na wyczyszczenie spraw w biurach, bo dostałem polecenie zamknięcia i zaplombowania! Na trzeci dzień po wprowadzeniu stanu wojennego, jako zakład zmilitaryzowany, dostaliśmy komisarza wojskowego. Był to pułkownik, naukowiec z Wojskowej Akademii Technicznej. A nasz zabawowy dyrektor w ciągu dwóch dni go dostosował do swoich zwyczajów i codziennie spijał, biednego człowieka o wysokiej kulturze, inteligentnego. Nie pamiętam, czy to było krótko przed świętami, czy przed Sylwestrem. Miałem przepustkę na godzinę nocną. Gdy wychodziłem na autobus o 22.15, przed portiernią zobaczyłem, że bardzo chwiejnym krokiem, w rozpiętym płaszczu, bez czapki idzie jakiś wojskowy. Mało, że idzie, ale on jeszcze ciągnie coś za sobą. Patrzę, a to komisarz, który ciągnie pistolet z kaburą jak psa na smyczy. Stan wojenny miał i takie oblicze. Po paru tygodniach biedny pułkownik poprosił o przeniesienie, bo jego wątroba nie wytrzymywała tych obciążeń. Dostaliśmy więc nowego komisarza w stopniu kapitana, takiego frontowego, który już problemów z alkoholem nie miał. To znaczy z piciem go nie miał. Z dyrektorem zabawowym mieliśmy jeden problem – gdy były imprezy i wódki brakło, to dzwonił do dyspozytora. A po stanie wojennym wódka była na kartki i nie było tak łatwo załatwić, ale na szczęście na kopalni dozór wyższy zawsze jakąś flaszkę miał, więc dzwoniło się po kolegach, szczególnie do energo-maszynowego, bo oni później zjeżdżali na dół. Mówiło się, że stary potrzebuje flaszki czy dwóch i tak to się załatwiało. Jeden kolega dyspozytor postawił się, że jest tu od prowadzenia ruchu, a nie od załatwiania gorzały, to następnego dnia wylądował jako sztygar w oddziale taśmowym i już na dyspozytornię nie wrócił.

–  Jak się skończyła kariera zabawowego dyrektora?

– Z końcem 1982 r. nasz dyrektor dostał solidnego kopniaka w górę – z dyrektora kopalni na dyrektora zjednoczenia. I tylko my na Silesii wiedzieliśmy, dlaczego to go nie cieszy. Był faktycznie wkurzony. Naczelny inżynier, prowadzący rządy twardej ręki, został wtedy dyrektorem, w tym przypadku władcą absolutnym. Zrozumiałem, że nie ma sensu dłużej pracować na kopalni, a ja przecież musiałem mu składać raporty, więc za każdą awarię obrywałem. To, dwie katastrofy górnicze, sprawa Małgosi Zając i jej męża, zadecydowały o tym, że pod koniec 1985 r. odszedłem z górnictwa.

– Ma Pan zapewne porównanie z innymi kopalniami. Jaka była to wówczas kopalnia?

– To była zupełnie inna kopalnia niż kopalnie śląskie. Pracowałem na kopalni Murcki, miałem praktyki na Wujku i ten etos śląski kazał zupełnie inaczej podchodzić do ludzi niż na Silesii. Tu ludzie z dozoru pochodzili z Bestwiny, Kaniowa, Bielska-Białej, natomiast górnikami byli ludzie z gór. Dowożono ich autokarami z Koszarawy, Łękawicy, Glinki – kilkuset ludzi dowożono na zmianę z tamtych terenów. Brygadzista ścianowy, który bumelkę odstrzelił i dlatego przeżył, taki prosty człowiek z gór, Franek Telega, dostał mieszkanie w blokach przy kopalni. Kupił meblościankę, ale ona była o kilka cm za wysoka. Wiele się nie zastanawiał, wziął siekierę, młotek, przecinak i zrobił przybierkę stropu – skuł sufit po górniczemu, nawet tego nie zatynkował, chociaż wykuł z pięć czy dziesięć cm więcej, niż potrzebował. Potem koledzy się z niego śmiali, że jest z niego artysta. Na kopalni pracował za moich czasów Leszek Błażyński. Był w oddziale odmetanowania, ale na górnictwie się nie znał i kiedy raz przyjechał na kopalnię, koledzy sobie żart z niego zrobili. Gdy zjechał pod ziemię, kazali mu się ustawiać do zdjęć, a robili mu je… metanomierzem. Mieliśmy później ubaw, ale on o tym nie wiedział – bo gdyby się tak zorientował – mały, chudy, ale jak przywalił… Na kopalni, podobnie jak w wojsku, panuje bardzo wulgarny język, a szczególnie w tym celowali kierownicy robót. To była bardzo ciężka praca, bo praktycznie nie mieliśmy przerw. Pracowałem w najgorszym okresie górnictwa polskiego – był czas, że przez 3-4 miesiące nie miałem dnia wolnego. System polegał na tym, że pracowało się od poniedziałku do soboty, a w niedziele dostawało się stawkę 300%. Wynagrodzenie wpłacano na „książeczkę G”, którą można było płacić za zakupy w tzw. Geweksie. W czasach, gdy na półkach nic nie było, ta metoda kija i marchewki była bardzo skuteczna. Później wprowadzono system 4-brygadowy, który był już lepszy. Pracowaliśmy przez sześć dni i dwa dni były wolne. Ale niekorzystne było to, że te dwa dni różnie wypadały, więc wciąż ciężko było zachować więzi rodzinne. Przez całe 12 lat pracy w Silesii może dwa razy spędzałem całe święta z rodziną. Gdy odszedłem z górnictwa, to dwa razy w roku pojechałem na urlop – raz nad morze, drugi raz na Mazury. Ale już tak dobrze nie zarabiałem. Wiem natomiast, jak ciężka jest praca górnika, jak wiele wymaga wyrzeczeń. Za Gierka istniał etos górniczy, choć muszę przyznać, że górników się nie lubiło – ludziom się nie podobało, że wszystko było dla górników. Nie żałuję jednak, że odszedłem z górnictwa, a przecież żadnej odprawy nie dostałem. Dopiero wtedy zacząłem żyć. Gdybym nie odszedł, to bym nie pisał w tej chwili, nie miałbym tylu znajomych w środowisku artystycznym Bielska-Białej, ale i wśród tych artystów, którzy przyjeżdżają tu na Bielską Scenę Kabaretową.

– Gdy ktoś długo pracuje w górnictwie, nawet sny ma kopalniane…

– Przez wiele, wiele lat śniła mi się kopalnia – budziłem się w środku nocy, że jest jakaś awaria. Tak samo śniła mi się matura – że oblewam matematykę, choć faktycznie nie oblałem. Najczarniejsze sny dotyczą górnictwa i matury. Może dlatego, że maturę pisałem w technikum górniczym?

– Czy żałuje Pan lat, które przepracował w kopalni?

– Praktycznie żadnego życia rodzinnego nie miałem, to była praca niewolnicza – system wynagrodzeń zmuszał do pracy w niedziele. Poza tym dawano nam przywileje w sklepach górniczych, które za złe nam miała cała Polska. Do tego doszły te dwie katastrofy, w których zginęło 56 ludzi. Ponadto przeżyłem kilka wypadków śmiertelnych. Mojego kolegę inżyniera Brosza widziałem ze zmiażdżoną głową – to zostaje do końca życia w podświadomości. No i telefon od Zająca, który błagał o życie, a ja byłem zupełnie bezsilny… Tym bardziej jeśli zna się kogoś i wie, jak rodzina została potraktowana na koniec – choćby z tym kłamstwem, że się wydaje ciało, a ono tak naprawdę zostało w tym chodniku. Trudno powiedzieć, czy jednak żałuję?  Na pewno szkoda tych przyjaźni, kolegów – 12 lat wspólnej pracy to dużo. W życiu trzeba jednak dokonywać wyborów, czasem trudnych. Jeśli codziennie wsiada się z dużą niechęcią do autobusu wiozącego cię do pracy, to coś jest nie tak! Te ostatnie sześć lat pracy jako dyspozytor ruchu na trzy zmiany, ponad dziesięć godzin codziennie poza domem (rodziną) i jeszcze te dręczące docinki naczelnego za wszystko, co działo się na kopalni, może największego entuzjastę górnictwa do niego zniechęcić. Dlatego ani przez chwilę nie żałowałem tej decyzji, mimo że przechodząc do pracy w jednej z bielskich firm polonijnych – finansowo straciłem bardzo dużo. Ale przecież pieniądze nie są sensem życia. Po górnictwie miałem inne doświadczenia, miałem własną firmę przez długie lata, a w tej chwili mogę być błaznem, pisać, naśmiewać się z siebie i z innych ludzi. I dobrze mi z tym!

Artykuł wyświetlono 1640 razy
Kategoria: Wiatr historii


Autor:

Jan Picheta


Galeria:


Romuald Karwik (z prawej) z przyjacielem Piotrem Skuchą na Bielskiej Scenie Kabaretowej. Fot. z archiwum autora.

Komentarze:


  

niezarejestrowany - JOZEK 2015-11-18 22:02
PRZECZYTALEM DZIEKI ZA INFORMACJE TERZ PRACOWALEM NA SILESI W LATACH 1986 2011 EMERYT SZACUNEK
Archiwum




Autorzy




Wszelkie prawa zastrzeżone. MediaBielsko.pl © 2012-2014
Wykonanie: Tomasz Kwaśny      Grafika: Mateusz Godzic